Budzę się, przecieram moje wiecznie zmęczone oczy, biorę
głęboki wdech i sięgam po wodę, postawioną obok mojego łóżka.
Pije, piję i
piję, przynajmniej szklanka z rana. Dla pięknej cery, zdrowych włosów i lepszego
trawienia. Taka moja „morning routine”.
Jednak nie lubię
opowiadać o sobie, dlatego główną bohaterkę tego posta nazwijmy Ana. Mama od
zawsze wciskała jej kity, że po niegrzeczne dzieci przyjeżdża czarna wołga, a
deseru nie można jeść przed obiadem. Może coś w tym było, ale kiedy nasza
bohaterka postanowiła zamieszkać sama dużo rzeczy się zmieniło.
Przede wszystkim to nie wołga przyjeżdża po niegrzeczne
dzieci, tylko coś pomiędzy odruchem wymiotnym, a niekończącym się bólem głowy,
zwane przez niektórych kacem. Po drugie deseru nie je się przed obiadem, bo
zwykle obiadu nie ma, a czasem także deseru, a jeśli już jest to gości też
czasem zamiast śniadania.
Okropne, prawda?
Zjedzone na śniadanie lody zwykle przypomniały o tym, że Ana
ma za dużo tu i ówdzie, a już na pewno krążyła jej po głowie myśl, że szkodzi
swojemu organizmowi. Czy to prawda?
Otóż niedawno w Tokio na jednym z tych super znanych
uniwersytetów przeprowadzono eksperyment, który badał grupe ludzi na snaidanie
jedzących lody oraz drugą, która zamiast tego posiłku piła wodę. Sprawdzano
głównie zdolność myślenia, kojarzeni i takie tam. Już czaicie? Bo Ana zaczaiła.
Lody na śniadanie, pozwalają jej szybciej rozwiązywać problemy i uzyskiwać
lepsze wyniki w testach. A wszystko za sprawą węglowodanów połączonych z niską
temperaturą, które szybciej pobudzają komórki nerwowe i pozwalają im działać na
najwyższych obrotach juz od samego rana. Już nie wspomnę o endorfinkach,
wytwarzanych po otrzymaniu przez nasze podniebienie takich przyjemności.
Jednak prawdziwa dama, o byciu którą Ana marzy nosi szpilki.
Wydaje się nawet, że została w nich urodzona, kiedy zgrabnie przemierzą chodniki
w 15centymetrowcyh bucikach.
I tak właśnie znalazłam kurs chodzenia na obcasach w
Warszawie.