Zorganizowane życie.
Takie którego chciałabym kiedyś
doświadczyć, wymarzone. Niestety, mimo moich dążeń ciągle tkwi we mnie
niegrzeczny bałaganiarz, którego nie potrafię poskromić, a który niesamowicie
utrudnia planowanie i realizowanie tych planów. Mam nadzieje, że kiedyś, małymi
kroczkami uda mi się spełnić to marzenie o uporządkowanym planie dnia.
Dziś chciałabym przedstawić moje ulubione „małe kroczki”.
1.
Pierwszym z nich było zakupienie kalendarza.
Nie
jest to pierwszy w moim życiu, jednak ten jako pierwszy prowadzę aż tak
sumiennie. Zwykle zaczynało się w styczniu.. i w styczniu kończyło, potem przypominałam
sobie o nim koło września/października i znowu zapominałam aż do grudnia, kiedy
to wypadało kupić już nowy.
W necie znajdziemy mnóstwo kalendarzy. Od
tych klasycznych, eleganckich, po najbardziej fikuśne jakie kiedykolwiek
widziałam.
Ja stawiam na klasykę. Miejsce na notatkę
do każdego dnia w tygodniu, a poza tym jakas zakładeczka, ewentualnie
doczepiona tasiemka. W dodatku musi być nie za gruby, nie za duży, żebym mogła
go bez problemu zabrać ze sobą w torebce.
Takie, które z powodzeniem mogę przykleić na
lodówkę, zrobić z nich zakładkę w książce. czy po prostu zanotować coś na
szybko, żeby uzupełnić notatki.
Tu akurat nie mam swoich faworytów, używam zarówno
kolorowych karteczek samoprzylepnych, jak
również bardziej „dziecięcych” ze
zwierzątkami, kwiatuszkami i innymi bajerami – są przesłodkie.
Kalendarz w telefonie zajmuje kolejne miejsce na
mojej liście.
Wiem, że nie każdy lubi z niego korzystać, ale uwierzcie, że
czasami naprawdę się przydaje.
Nie jestem fanką uzupełniania dwóch
egzemplarzy i dużo bardziej lubie wersję popierową, ale ta elektroniczna zdaje
mi się niezbędna kiedy nie mogę o czymś zapomnieć, mam jakąś bardzo ważną
sprawę i muszę ustawić przypomnienie.
Niestety, jeszcze nie wyrobiłam w sobie
nawyku zaglądania do noszonej ze sobą książeczki codziennie, a taka forma
przypomnienia u mnie się sprawdza.