Po pierwsze to chciałabym wstrzymać
jakiekolwiek komentarze na temat mojego wymądrzania się i innych określeń tego
co tu piszę. Robię to w geście pomocy, czy szeroko pojętego podpowiedzenia
osobom starającym się o przyjęcie na kierunek, który studiuje, bo wiem, że jest
takich sporo. Są to tylko rady. Coś co sama robiłam, z czego się uczyłam i co polecam przerobić przed majem :D
Może najpierw opowiem czemu jestem na
lekarskim i dlaczego nie miałam wielkiego ciśnienia na ten kierunek.
Otóż nigdy nie miałam wybitnie wysokich
ocen. Zawsze szkoła była gdzieś na drugim miejscu, a na pierwszym pasja i
przyjaciele. Właściwie to byłam nawet osobą z jedna z niższych średnich ocen w
klasie, bo zawsze miałam swój dziwny pogląd na świat i jego częścią było na przyklad
to, że nie robię czegoś, czego nie lubię. Niestety złożyło się tak, że nie
lubiłam matmy, polskiego, historii, wosu, fizyki, a najbardziej niemieckiego.
Za chemią tez nie przepadałam, ale za
namową rodziny chodziłam na korki raz w tygodniu i tam przerabiałam cały
materiał do matury, bo w szkole chemia mi się nie podobała, a cos jednak
wypadałoby w maju zdawać.
Z biologią natomiast było zupełnie inaczej.
Ciekawiła, pasjonowała, uczyłam się jej z przyjemnością.
Celowałam w fizjoterapie.
Przejdźmy do konkretów.
Biologia:
przede wszystkim były to książki NE i moim
zdanie świetne „Teraz matury” . Bukały też pojawiały się na moim biurku, ale
głównie zadania. Teorie przeczytałam tylko z części o strunowcach, bo była dla mnie
interesująca.
Oprócz tego z moją cudowną biolożką
zrobiłam matury CKE od roku 2011 albo 12, już nie pamiętam. Czytałam też sporo
poza książkami. Fakty, ciekawostki, dużo rzeczy o żywieniu i żywności,
składnikach pokarmowych – tak dla siebie.
Z chemią wyglądało to inaczej.
Właściwie nie uczyłam się z żadnych
podręczników. Jedyną wiedzę jaką mam przekazała mi moja korepetytorka, kobieta
świetnie tłumaczyła, była mistrzynią, a ja robiłam notatki z tego co mówiła.
Zrobiłam z nią też zadania Kosztołowicz i jakieś pojedyncze z Witowskiego.
Oprócz tego kupiłam sobie arkusze z „Teraz Matury” i to była jedyna książka,
którą przerobiłam sama. Przed maturą podrukowałam arkusze z poprzednich lat i
tyle. Jakoś pyknęło 90.
A teraz ważnych kilka słów ode mnie.
Nie stresować się. Podchodziłam do matury z
myślą, że moje życie się nie zawali, nawet jak nie zdam. Wynik z matury to nie
wszystko, są rzeczy dużo ważniejsze, a taki egzamin można poprawiać co roku.
Nie załamywać się jeśli próbne idą nam
bardzo średnio. Ja jeszcze w marcu pisałam próbne z chemii na 50%, a przez
miesiąc można wypracować naprawdę dużo.
Uczyć się z przyjemności, a nie z
obowiązku. To naprawdę pomaga. Trzeba myśleć, że przecież sama wybrałam taki
kierunek. Uczę się, bo cos lubię, bo mnie interesuje, a nie dla wyniku.
W razie pytań czekam na maile i komentarze.
Pozdrawiam cieplutko.

