środa, 11 stycznia 2017

Matura zapasem, czyli.. jak dostać się na lekarski



Po pierwsze to chciałabym wstrzymać jakiekolwiek komentarze na temat mojego wymądrzania się i innych określeń tego co tu piszę. Robię to w geście pomocy, czy szeroko pojętego podpowiedzenia osobom starającym się o przyjęcie na kierunek, który studiuje, bo wiem, że jest takich sporo. Są to tylko rady. Coś co sama robiłam, z czego się uczyłam i  co polecam przerobić przed majem :D 



Może najpierw opowiem czemu jestem na lekarskim i dlaczego nie miałam wielkiego ciśnienia na ten kierunek.

Otóż nigdy nie miałam wybitnie wysokich ocen. Zawsze szkoła była gdzieś na drugim miejscu, a na pierwszym pasja i przyjaciele. Właściwie to byłam nawet osobą z jedna z niższych średnich ocen w klasie, bo zawsze miałam swój dziwny pogląd na świat i jego częścią było na przyklad to, że nie robię czegoś, czego nie lubię. Niestety złożyło się tak, że nie lubiłam matmy, polskiego, historii, wosu, fizyki, a najbardziej niemieckiego.
Za chemią tez nie przepadałam, ale za namową rodziny chodziłam na korki raz w tygodniu i tam przerabiałam cały materiał do matury, bo w szkole chemia mi się nie podobała, a cos jednak wypadałoby w maju zdawać.
Z biologią natomiast było zupełnie inaczej. Ciekawiła, pasjonowała, uczyłam się jej z przyjemnością.
Celowałam w fizjoterapie.

Przejdźmy do konkretów.

Teraz chyba czas żebym powiedziała z czego się uczyłam. 
Biologia:
przede wszystkim były to książki NE i moim zdanie świetne „Teraz matury” . Bukały też pojawiały się na moim biurku, ale głównie zadania. Teorie przeczytałam tylko z części o strunowcach, bo była dla mnie interesująca.
Oprócz tego z moją cudowną biolożką zrobiłam matury CKE od roku 2011 albo 12, już nie pamiętam. Czytałam też sporo poza książkami. Fakty, ciekawostki, dużo rzeczy o żywieniu i żywności, składnikach pokarmowych – tak dla siebie.
Z chemią wyglądało to inaczej.
Właściwie nie uczyłam się z żadnych podręczników. Jedyną wiedzę jaką mam przekazała mi moja korepetytorka, kobieta świetnie tłumaczyła, była mistrzynią, a ja robiłam notatki z tego co mówiła. Zrobiłam z nią też zadania Kosztołowicz i jakieś pojedyncze z Witowskiego. Oprócz tego kupiłam sobie arkusze z „Teraz Matury” i to była jedyna książka, którą przerobiłam sama. Przed maturą podrukowałam arkusze z poprzednich lat i tyle. Jakoś pyknęło 90.


A teraz ważnych kilka słów ode mnie.

Nie stresować się. Podchodziłam do matury z myślą, że moje życie się nie zawali, nawet jak nie zdam. Wynik z matury to nie wszystko, są rzeczy dużo ważniejsze, a taki egzamin można poprawiać co roku.

Nie załamywać się jeśli próbne idą nam bardzo średnio. Ja jeszcze w marcu pisałam próbne z chemii na 50%, a przez miesiąc można wypracować naprawdę dużo.

Uczyć się z przyjemności, a nie z obowiązku. To naprawdę pomaga. Trzeba myśleć, że przecież sama wybrałam taki kierunek. Uczę się, bo cos lubię, bo mnie interesuje, a nie dla wyniku.

W razie pytań czekam na maile i komentarze. Pozdrawiam cieplutko.