Tak myślałam jeszcze 2 miesiące temu.
Zmuszona byłam wyjechać na dłuży czas i po powrocie z miejsca, w którym mogłam mieć przy sobie jedynie 3 koszulki, spodenki, bluzę i jakąś bieliznę moje domowe otoczenie zaczęło mnie męczyć. Stwierdziłam, że nie potrzebuję nawet polowy z posiadanych przez mnie dóbr. Wtedy tez trafiłam na książkę Marie Kondo "Magia sprzątania". Pomijając metody składania ubrań, które u mnie kompletnie się nie sprawdziły, bo większość rzeczy mam na wieszakach, wreszcie pozbyłam się wszystkich gratów.
Tym sposobem wyrzuciłam trzy worki na śmieci, jeden worek oddałam na PCK, jeden młodszej kuzynce. Mój poziom zadowolenia rósł wprost proporcjonalnie do ilości usuwanych z pokoju rzeczy. Tak też zaczęła się moja droga do minimalizmu.
Nie, nie przemalowałam chałupy na biało, nie wstawiłam białych mebli, nie mam mieszkania z katalogu ikea. Zamiast tego mam prawdziwy porządek, spokój ducha i lekcję z kupowania.
Nauczyłam się kupować mniej produktów, ale lepszej jakości, wypożyczać książki z biblioteki i malować się bez podkładu, ale o tym kiedy indziej :)
Czy wy macie jakieś doświadczenia z KonMari?