środa, 6 września 2017

KonMari, 3 worki śmieci i droga do minimalizmu.

Mój pokój żyje. Pełno w nim dziwnych rzeczy, książek, kosmetyków, pudełek i innych gadżetów. Wydaje mi się, że każda z nich jest niezbędna. Przecież nie kupowałabym jej w przeciwnym wypadku. Każda poduszka, ciuszek czy bransoletka, wszystko zyskało miano "bardzo potrzebne". 
Tak myślałam jeszcze 2 miesiące temu.


Zmuszona byłam wyjechać na dłuży czas i po powrocie z miejsca, w którym mogłam mieć przy sobie jedynie 3 koszulki, spodenki, bluzę i jakąś bieliznę moje domowe otoczenie zaczęło mnie męczyć. Stwierdziłam, że nie potrzebuję nawet polowy z posiadanych przez mnie dóbr. Wtedy tez trafiłam na książkę Marie Kondo "Magia sprzątania". Pomijając metody składania ubrań, które u mnie kompletnie się nie sprawdziły, bo większość rzeczy mam na wieszakach, wreszcie pozbyłam się wszystkich gratów. 

Weź każdą rzecz w rękę i zapytaj siebie czy ta rzecz sprawia ci radość - właśnie to radzi autorka. Nie mylmy radości z przywiązaniem, nie mówmy "szkoda wyrzucić, bo to prezent". Każda rzecz, którą posiadamy powinna umilać nam dzień i sprawiać, że jesteśmy jej choć trochę wdzięczni za spełnianą funkcję. Może dziwne, ale jakie skuteczne.

Tym sposobem wyrzuciłam trzy worki na śmieci, jeden worek oddałam na PCK, jeden młodszej kuzynce. Mój poziom zadowolenia rósł wprost proporcjonalnie do ilości usuwanych z pokoju rzeczy. Tak też zaczęła się moja droga do minimalizmu.

Nie, nie przemalowałam chałupy na biało, nie wstawiłam białych mebli, nie mam mieszkania z katalogu ikea. Zamiast tego mam prawdziwy porządek, spokój ducha i lekcję z kupowania.

Nauczyłam się kupować mniej produktów, ale lepszej jakości, wypożyczać książki z biblioteki i malować się bez podkładu, ale o tym kiedy indziej :)

Czy wy macie jakieś doświadczenia z KonMari?