Zacznijmy od tego, że nie lubię gotować. Naprawdę. Może dla
mnie jest to całkowicie obojętne czy zjem coś na zimno czy na ciepło, coś z
gotowego opakowania czy własnoręcznie upichconego, ale dla mojego M. stanowi to
poważny problem. Mnie opary gotującej się zupy czy mięsa odrzucają, sprawiają,
że odechciewa mi się konsumować przygotowywane przeze mnie danie i zwykle
kończy tym, ze mój ukochany konsumuje sam. Co innego z obiadkami u mamy. Wtedy
zupa pachnie najlepiej na świecie, schabowy ma najbardziej chrupka panierkę, a
ziemniaki nigdy nie są przesolone. Wtedy też zwykle jadłam potrawy mięsne – na
wizytach w moim rodzinnym domu. Oprócz tego parę razy w tygodniu jadłam szynkę
na kanapkach i przekąszałam kabanosem.
Czytałam sporo artykułów na ten temat i choć sama nie jestem
specjalistą (co wyraźnie zaznaczam, także proszę nie hejtować) to stwierdziłam,
że w sumie można by spróbować, chociaż na miesiąc. Tak też się stało. Od
miesiąca nie jem mięsa i powiem szczerze, że czuję się dużo lepiej. Nie wiem
czy to stricte przez zmianę diety, ale nic oprócz tego nie zmieniałam.
Po pierwsze straciłam parę kilogramów. Nie walczyłam o to,
ale przy okazji jedzenia większej ilości warzyw i roślin strączkowych, jako
zamienników zawierających białko ubyło mi trochę w brzuszku. Niby rośliny takie
wzdymają, ale jakoś nie działa to na mnie tak. Każdy organizm jest inny.
Po drugie jestem teraz zmuszona wymyślać bardziej wyszukane
potrawy, żeby dostarczyć organizmowi niezbędne makroskładniki. Przez to nauczyłam
się gotować, tak, i to jak. Przy okazji
gotując tez mięso dla mojego M. potrawy te tez są wykwintniejsze i podobno
smaczniejsze niż były.
Stwierdziłam, że pociągnę wegetarianizm dalej. Zobaczymy, co
z tego wyniknie. Jak na razie czuję się lepiej i to się dla mnie liczy
najbardziej.
A wy? Jak podchodzicie do wegetarianizmu? Próbowaliście?